Właśnie wróciłam wczoraj z kina i nie jest tak tragicznie, jak można było się spodziewać.
Tytuł mojej recenzji brzmi:
"Zmarnowany potencjał aka witaj wesoła przygodo"Każdy, kto interesuje się tematyką katastrofy w czarnobylskiej elektrowni, siłą rzeczy zainteresuje się tym filmem.
Siła jego wyrazu mogłaby polegać na tym, że nie trzeba w scenariuszu wymyślać od nowa miejsca akcji, tak jak w "Hostelu", czy "Zejściu", tutaj ta-dam napromieniowany teren miasta Prypeć czeka gotowy. Jest pusto, jest strasznie, pikanterii dodaje fakt, że tu tragedia zdarzyła się naprawdę. Podobny myk zastosowano w słabym francuskim horrorze "Katakumby", gdzie akcja się dzieje w podziemnym labiryncie pod Paryżem.
Niestety w "Reaktorze strachu" tereny Prypeci wyglądają tak, jakby film kręcony był w krzakach na Gocławiu. Pojawiają się jedynie opuszczone bloki mieszkalne i słynny Diabelski młyn, który w nachalny sposób ma nas przekonać, że oni "naprawdę" są w Prypeci. Elektrownia romantycznie majaczy na horyzoncie, a zakochane pary robią sobie na jej tle zdjęcia z dziubkami.
Fabuła jest sztampowa, grupa amerykańskich turystów pokłada całkowite zaufanie w tubylczym osiłku, który w brudnym kantorku z obdrapanymi ścianami obiecuje im zwiedzanie ekstremalne, wspaniałą przygodę (jeśli lubicie takie zawiązanie akcji, obejrzyjcie sobie "Ruiny"). Wszyscy razem wyruszają na spotkanie przygody, przezornie nie zabierając ze sobą apteczki, latarki, ani mapy. Cóż, gdyby nie głupota amerykańskich turystów i nastolatków, nie byłoby połowy horrorów
Po przyjeździe na miejsce widzą trupa zmutowanej ryby, niedźwiedzia i kilka świetnie odżywionych owczarków niemieckich o błyszczącej sierści, udających sforę wściekłych zmutowanych psów. Coś w oddali płacze (obstawiam burera), poza tym panuje złowroga cisza, samochód odmawia posłuszeństwa, autochtoński osiłek odchodzi we mgłę...
Jak to zwykle w takich filmach bywa, turyści biegają jak kury z uciętymi łbami, wrzeszczą, płaczą, krwawią i pakują w coraz to nowe tarapaty. Oraz giną jeden po drugim, bla, bla, bla... widzieliśmy to już sto razy.
I tu jest zmarnowany potencjał, ponieważ wszyscy wiemy, jak wspaniale można oddać Zonę, tu nikt palcem nie kiwnął, żeby urozmaicić faunę i krajobraz. Nietrudno wywołać atmosferę grozy w miejscu, które było świadkiem tragedii ludności, wysiedlonej w pięć minut z reklamówkami pod pachą. W miejscu, gdzie promieniowanie może robić co chce ze zwierzętami, jaki to potencjał!
Niestety, twórcom filmu nie starczyło wyobraźni, podtykają nam trochę krzaków, kilka opuszczonych zabudowań i majaczące w tle postacie, atakujące turystów. Nie są to zombiaki, jak to wcześniej pisaliście, ale zmienieni długotrwałym promieniowaniem i eksperymentami naukowców pacjenci pełniącego bliżej nieokreśloną funkcję szpitala.
Zaletą tego filmu jest to, że akcja jest dynamiczna, więc dobrze się go ogląda, aktorzy choć kompletnie nieznani - nie grają najgorzej. No, i widownia się nie śmieje, gdy ktoś się przewraca, jak to bywa na horrorach najgorszego sortu. I, że dziewczyny nie jęczą wciąż "Omajgat".
Na koniec na napisach, obowiązkowo metalowy kawałek, na zasadzie "O ludzie, przeżyliście taki strach, oglądając nasz film z zajebistym zakończeniem, a na koniec mamy dla Was hardkorowy kawałek, jeee."
Reasumując - do obejrzenia, jako ciekawostka. Gdyby twórcy bardziej się przyłożyli do scenariusza i zadbali o tworzenie atmosfery poprzez scenografię krajobrazu (wnętrza były ok), mógłby powstać całkiem dobry film, a powstał słabiak. Ale nie dno.