Słuchajcie. Do napisania tegoż skłoniła mnie w sumie dość zabawna reakcja pewnej dziewczyny z mojej klasy. Otóż zapytana przeze mnie o tym jak z jej perspektywy jestem oceniany w klasie, dowiedziałem się, iż jestem śmieszny ze swymi problemami, jak również jestem egocentrykiem.

(pytałem, bowiem zastanawiałem się w jakim stopniu nasze zachowanie w szkole, gdzie jesteśmy na widoku publicznym, że tak to ujmę, zmienia się pod względem zachowania w grupie nam bliskich osób, jak i bliskich znajomych poza szkołą; chodzi tu generalnie o pewien syndrom rówieśników, a więc w pewnym wieku zależy nam w mniejszym lub większym stopniu, podświadomie na opinii innych, co jest raczej nieuniknione i nikt mi nie powie, że tak nie jest; ).
Zacznijmy więc od początku. Rzekłbym, genezy. Nie obrabiając nikogo, stwierdzę tylko że problemy owej koleżanki są natomiast wybitne. A to jakaś dziewczyna nosi biodrówki, a ma płaski tyłek, a to dostała jedynkę i jej kariera legnie w gruzach, a to słitaśny chłopak na nią popatrzył i czuje się wyróżniona, choć ja nigdy nie podważałem jej problemów, zważywszy, że każdego są raczej indywidualne i opierają się na naszej tożsamości, tudzież inteligencji, nawet zainteresowań i ambicji.
Stwierdzenie egocentryk natomiast niezwykle mnie ucieszyło. W dobie śmiesznej wręcz skromności, o wiele kilometrów za niskiego mniemania o sobie samym, jak również kompletnym braku elementarnej wiary w siebie, można by cynicznie rzec, jest to rewelacyjny sygnał.
Powyższa część jest moją subiektywną opinia opartą na hormonach, libido, adaptacji społecznej, refleksji i wolnych wniosków - kuryniosków.
A teraz do rzeczy. Pragnę poruszyć temat wpływu społeczeństwa na zachowanie jednostki, jak również aklimatyzacji z otoczeniem, łatwości poznawania ludzi, itp.
Jaka jest racjonalna podstawa przejmowania się opinią innych w okresie dojrzewania? Szlifowanie dystansu do samego siebie? Gruczoły dokrewne, a w szczególności produkujące choćby testosteron, jak jądra?
Kimże jest pozer? Z definicji to osoba pozująca się na kogoś innego, niż w rzeczywistości. Ale czy nie jest tak, że w życiu szkolnym, i tylko szkolnym, gdzie stykamy się z masą ludzi, przybieramy maskę ogółu? Podświadomie?
Czy chęć akceptacji wynika z naszej stadnej natury, czy może dojrzewanie to przedziwny etap, w którym nasze myśli zaprzątają pierdoły?
I na koniec: czy nie oczywistym jest, że problemy nastolatka, pomijając libido, są zabawne, nieracjonalne?
Z własnej perspektywy: niezaprzeczalnym jest, że etap gimnazjum to raczej tylko czasowy okres, w którym zatracamy cząstkę swojej tożsamości na rzecz trendów masy, zwanej środowisko, tudzież szkoła. Naszą głowę zaprzątają dość irracjonalne i z reguły w efekcie nudne, kretyńskie sprawy, napędzane przez libido. Odczuwamy olbrzymią potrzebę akceptacji, która nie wynika z naszej świadomości, ale ze stadnej natury.
Choć to jednostka tworzy grupę, grupa narzuca pewne wzorce jednostce. Nawet najbardziej asertywna osoba w kontakcie z silną presją ulega pewnej modzie czy tendencji, jak choćby sposób ubioru czy słownictwo. Nie jest to zazwyczaj wada, ale efekt współ egzystowania jako grupa. Akceptacja kosztuje nas utratę cząstki indywidualizmu.
Dziękować Najwyższemu, że uleganie ogółowi jest raczej czasowe, uwarunkowane okresem dojrzewania.
Pozdrawiam.