przez marcel w 15 Cze 2012, 00:40
Morrowind z dodatkami - zawziąłem się, by jedną postacią stać się przywódcą jak największej ilości gildii, organizacji i jednego z trzech rodów. Wreszcie, gdy w końcu zabrałem się za główną linię fabularną, porzuconą gdzieś po wyjeździe Caiusa Cosidesa, okazało się, że złośliwy bug uniemożliwia przejście jej do końca, co skutecznie, po kilkuset godzinach gry, mnie do niej zniechęciło... Nie na długo. Tak czy inaczej, kolejne romanse z Vvardenfell trwały znacznie krócej.
Wszystkie trzy Stalkery - Cień z modami to setki godzin, nieskończone "Nowe gry" i znacznie rzadsze napisy końcowe. SoC grą był i jest wspaniałą, jestem pewien, że wrócę do niego jeszcze nie raz. CzN podeszło mi znacznie mniej, przeszedłem je koniec końców bodaj trzy razy, na początku na czystej wersji, później dwukrotnie z Random Modem autorstwa Micha. Zew, tutaj podobnie jak w SoCu wiele razy zaczynałem przygodę, ale skończyłem ją tylko kilka razy. Trzy, cztery? Coś koło tego. Najbardziej czasochłonną rozgrywką była ta wzbogacona MAIO, trojanucha. Wyśrubowany poziom trudności wymagał ogromnych ilości cierpliwości i samozaparcia, Misery przy tym to kaszka z mleczkiem.
I wreszcie, bezsprzeczny numer jeden: Medieval 2: Total War. Na podstawce kilka razy doprowadziłem do końca Wielką kampanię, ale prawdziwa zabawa zaczęła się, gdy odkryłem mody do tej gry. Jak dla mnie, ich królem jest Stainless Steel 6.4, stabilny, wyważony, ingerujący w rozgrywkę dokładnie w takim stopniu, w jakim powinien. Tutaj kampanie prowadzę do dzisiaj, w obu przekraczając już magiczną granicę XIVw. Grając Polską (Very Hard/Very Hard) stawiłem sobie za cel powolną, ale zdecydowaną ekspansję na wschód, i udało mi się pokolorować na biało najdalsze granice mapy, zabezpieczyć zachodnią granicę kilkoma mariażami z HRE, a skarbczyk królestwa trybutami od zwasalizowanych Kumanów i Nowogrodu. Rzeczypospolita sięga od Wielkopolski do Uralu, i od morza do morza - od Szczecina aż po Krym. Obecnie powoli zwracam się ku północy, w stronę Danii, z którą niezbyt roztropnie podpisałem ugruntowany małżeństwem sojusz. Odzyskawszy siły po walkach na wschodzie, postaram się podbić słabe państwa Skandynawskie i dostępny na mapie kawałek Finlandii, a później ruszę na HRE, i będzie to ostatnia faza mojej ekspansji - wypełnię w ten sposób wszystkie postawione przed frakcją zadania. Lekko licząc, zajmie mi to kolejne pięćdziesiąt godzin.
W kampanii rozgrywanej dla odmiany Norwegią (Hard/Hard), dokładnie w 1301 roku uczyniłem Bałtyk moim morzem wewnętrznym, wcześniej podbijając Danię, Szkocję, Anglię, Irlandię i Sycylię. Obecnie radośnie doprowadzam do ruiny Nowogród, który rozrósł się do niepojętych rozmiarów (od Moskwy po Wrocław) i zwasalizował Kumanów, Węgry, Polskę i Zakon Krzyżacki. Taka sytuacja zdarza mi się po raz pierwszy, a wynika raczej ze słabości tych czterech nacji, niż z potęgi wschodnich naszych braci. Po raz pierwszy też spotykam w Medievalu tak wściekłą agresję ze strony jakiejś frakcji - myślałby kto, że to nie komp kieruje poczynaniami nowogrodzkich generałów, ale uparty i obrażony czternastolatek. Otóż kultywując dawne wikińskie tradycje, wsadziłem jakieś półtora tysiąca chłopa na okręty i wysłałem z Finlandii do tegoż Nowogrodu Wielkiego, by miasto splądrowali, zgwałcili i rozebrali do zera. Zarobiłem w ten sposób jakieś piętnaście tysięcy florenów, w następnej turze świeżo zdobyte miasto... odsprzedałem, żądając kolejnych dziesięciu tysięcy w zamian za oddanie spustoszonej stolicy i traktat pokojowy. No i tutaj zaczęły się schody, komp się "wściekł", zaczął kąsać moje wschodnie granice, co było o tyle denerwujące, że właśnie zaczynałem walki z silniejszymi ode mnie Maurami. Miarka się przegła, zebrałem dwie pełne flagi ciężkiej piechoty i ruszyłem po wdzięki rosyjskich krasawic. W tym samym czasie, korzystając z bazy wypadowej na świeżo podbitych Balearach, w serii szybkich ataków, zdobyłem Barcelonę, Walencję i Murcję. Szybciutko Maurowie wybili mi z głowy łatwe zwycięstwo, a gdy rozesłałem po Iberii szpiegów i zobaczyłem, jak ogromnymi rezerwami wojsk dysponują, kapcie mi pospadały i wyprosiłem pokój, oddawszy wpierw Barcelonę i ciężko zarobione dwadzieścia tysięcy. Obecnie kryję się za murami dwóch pozostałych miast, w odwodzie trzymając silne armie umieszczone na okrętach - jedyny sposób by uniknąć ataków mauryjskich i francuskich skrytobójców na moich dowódców. W tak zwanym międzyczasie, na Korsyce zdesantowała mi się genueńska armia i w idiotycznym geście zaczęła oblegać obsadzone nieliczną załogą Ajaccio. Armijkę kupców rozbiłem bez większych strat, obecnie czekam aż papież odwróci swój wzrok w drugą stronę, by uniknąć grożącej mi za zdobycie Genui ekskomuniki. Gdy uzyskam jako-taki spokój, wszystkie siły jakie tylko się da wyślę na Półwysep Iberyjski, podejmując się zbożnego dzieła rekonkwisty...
Mógłbym o tej grze pisać godzinami - taki już jej czar i urok. Każda rozgrywka jest inna, bitwy mogą przynieść naprawdę sporo emocji, a wyznaczanie i realizacja kolejnych celów daje dużo satysfakcji. Jeśli komuś nudzi się ciągły podbój i walka, może zdecydować się na kampanię terytorialną, olanie ustalonych z góry zadań i, na przykład, rozbudowę swojej frakcji wyłącznie do historycznych granic, a później utrzymywanie jej w nich. To wcale wymagające zadanie, gra niejako wymusza postępującą ekspansję, a kolejne kryzysy produkcyjne stanowią zagrożenie nie mniejsze od hord nadciągających ze wschodu Mongołów. Z całego serca polecam.
>>> Wenn ist das Nunstück git und Slotermeyer? Ja! ... Beiherhund das Oder die Flipperwaldt gersput. <<< ~
Ernest Scribbler