Zdecydowanie pies.
Zacznę od tego, by obalić jeden z argumentów kociarzy- "a bo Ty nie miałeś kota, to się nie znasz". A więc miałem kota. I to niejednego. W rekordowym czasie po domu łaziły mi cztery koty na raz. Kotka i trzy kociaki.
I teraz zacznę swój hejt na koty. Na te niewierne kutageny z kosmosu.
Żadnemu kotu u mnie nic nie brakowało, bo swego czasu miałem jeszcze zajawkę na te zwierzaki i cholernie je uwielbiałem. I tylko jeden kot był u mnie do swej śmierci. No dobra, prawie u mnie, bo wyszedł po za ogród i ojciec znalazł go (a raczej ją, bo to kotka była) martwego przed bramą. No bliskie spotkanie z samochodem.
No i to był jedyny kot, którego dobrze wspominam, bo jak nam chomiki pozwiewały, to kotka je ładnie pozbierała w jedno miejsce, obudziła rodziców i było git. Potem po drodze trafiło się kilka kotów, łącznie z jedną jebniętą kotką, która swoje młode zostawiła i poszła wpizdu. Ostatni kot jakiego miałem był w domu nie wiem... Ze trzy lata temu? To nie tak dawno. Newton się wabił. I wiecie co? Nawet go zacząłem lubić, a miałem już wtedy nastawienie negatywne do kotów. Przyłaził do mnie, grzał mi się na kolanach, czy w nocy nie dawał mi zasnąć, bo uwielbiał się głaskać, a jak już widział, że nic z tego nie będzie, to dopiero wtedy szedł spać lub harcować po domu. Jedynie na kuwetę narzekałem.
No ale spodobało mu się na zewnątrz, no to go wypuszczaliśmy i wracał. A potem już nie wrócił. Pojawiły się spekulacje, że go samochód potrącił, lub ktoś go przygarnął. No i opcja druga była trafniejsza. Siedząc z dziewczyną na balkonie popatrzyłem na okno sąsiadki. I właśnie tam sku*wiel siedział.
Ze trzy tygodnie temu dowiedziałem się, że pocałował zderzak jakiegoś samochodu i opuścił ten świat. Skwitowałem to tylko krótkim "na pohybel sku*wysynom".
A czemu lubię psy? Aktualnie mam dwa. W przeszłości jeszcze jednego miałem, ale zdechł ze starości, a raczej trzeba było go uśpić, bo w ostatnie dni swojego życia naprawdę już się męczył i widać było, że no nie za dobrze z nim i tym razem się już z tego nie wyliże. Naprawdę mi było go szkoda, bo to był mój towarzysz, odkąd pamiętam. Z tego co wiem, na moje pierwsze urodziny rodzice go przynieśli... No ale zawsze cieszył się, gdy wróciłem po szkole. Nie odstawał wtedy ode mnie na krok. Uwielbiałem z nim siedzieć, bo czułem, że on przywiązał się do mnie na zasadzie jakiejś więzi, a nie tak jak kot na zasadzie: "karm mnie sukwo".
No a co do tych dwóch? Z jednego się śmieję, że głupi, a drugi już w miarę lepszy. Skubańce są świetne. Zdarza im się wyjść za posesję, gdy wypuści się je na ogród i brama jest otwarta. No ale to jak nikt nie patrzy. Za daleko wtedy nie idą. Poobwąchują murki płotów wzdłuż ulicy i wrócą.
A w nocy przyłażą, by ułożyć mi się u stóp (czy ten cwańszy na poduszce obok mojej głowy, co sprawia, że budzę się nad ranem na skraju łóżka z głową na materacu).
Tak czy siak, pies jest wierny. Pies jest cholernie dobrym przyjacielem. Pies to nie kot, który poleci do tego, co lepiej karmi. Pies to kompan. No i do tego pies może być obrońcą. Chyba tylko wariat rzuci się rabować kogoś, kto prowadzi pokaźnych rozmiarów wilczura...
No i jeszcze jeśli chodzi o psy, to taka mała historyjka: